
Edukacja jest polem do niezmierzonej liczby eksperymentów. Różnymi nas reformami w tej dziedzinie stosowne instytucje błogosławią. Mamy na ten przykład gimnazja, twór ze wszech miar okropny, obgadany zresztą wzdłuż i wszerz, więc nie będę się już nad nim pastwić, bo ja nie o tym. Ja o systemie bolońskim, a dokładniej mówiąc o jego konsekwencji, którą dla mnie jest PRACA LICENCJACKA.
PRACA LICENCJACKA to taki straszny twór, coś w typie sesji, rozumiecie – zakrada się cicho i podstępnie, a kiedy już jest tuż-tuż, przejmuje kontrolę nad umysłem, dominuje wszelkie kontakty międzyludzkie, wysysa chęć do życia i pożera czas (nie żebym jakoś specjalnie tego doświadczyła osobiście, ale tak słyszałam). I te rozmowy, że JAKI MASZ TEMAT??? Albo ILE MASZ STRON, ŁOMATKO BO JA MAM DOPIERO JEDNO ZDANIE!!!
Przytrafiła mi się zatem praca licencjacka – no i co z tego? Jako zawodowiec w dziedzinie odkładania zobowiązań, postanowiłam nie pozwolić tej potworze ukraść mojego wypieszczonego żywota, płynącego leniwie gdzieś między szkołą, piwem i kolejnym odcinkiem serialu. Wieloletnie doświadczenie nauczyło mnie, że JA ZAWSZE ZDĄŻĘ i na dodatek MI ZAWSZE WYJDZIE. Nie wolno walczyć z karmą, bo jak wiadomo karma is a bitch i nie chcę jej zemsty.
Początki jak to początki były trudne, pisanie pierwszego rozdziału ciągnęło się jak makaron zgodnie z zasadą, że skończę go przed weekendem. No dobra, weekendem majowym. Ojej, już nadszedł. To skończę po weekendzie majowym. Albo w pierwszy weekend po weekendzie majowym.
Okej, skończony. Reszta pracy? Przecież też się skończy. W czerwcu.
A ten czerwiec? Co to za podstępny miesiąc jest! Jak zwykle zaskoczenie, że projekty trzeba robić, jakieś zaliczenia, kto to widział. Przecież nie ma kiedy do tej pracy usiąść, tyle roboty, że nie wiem w co ręce włożyć, więc kładę się i czekam, aż minie.
Aż w końcu przychodzi ten poranek, kiedy budzisz się i wiesz, że nie masz już żadnej wymówki. Siadasz zatem do komputera, patrzysz na ekran i uświadamiasz sobie, że MASZ TYDZIEŃ. Siedem dni. Słownie: JEDEN tydzień. A pierwszy rozdział się pisał 3 miesiące!
I nastaje panika i atak serca, bo materiałów nie ma, wiedzy nie ma, weny nie ma i strona w wordzie sterczy ci przed oczami, bezczelna, tak jak sterczała godzinę wcześniej – PUSTA.
Zatem tak piszę od poniedziałku. Każdego dnia zmuszam się, aby wyrobić dzienny limit, dokończyć zagadnienie, dokończyć rozdział.
I nagle z 15 stron zrobiły mi się 33.
Prr, szalona, bo jeszcze przed czasem skończysz.
I WCALE NIE MAM TAK DUŻO OBRAZKÓW.
No i warto walczyć z karmą, pytam się?
A teraz włączam serial, bo mam już dosyć tego głupiego stukania w klawisze.
Dobrej nocy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz