12.08.2013

O przypadkach

Mam wiele wspomnień zabawnych sytuacji z liceum. Na ustach maluje mi się co najmniej lekki uśmiech za każdym razem, kiedy przypomnę sobie, jak na pytanie księdza o „przypadek tylko brzydziej” kolega Marcin odpowiedział „KURDE przypadek!”. Właściwa odpowiedź zaginęła gdzieś w odmętach niepamięci, ale to nic nie szkodzi, bo i tak nie jest istotna. Anegdotka ta ma służyć tylko jako zgrabne wprowadzenie, bo dzisiejszy wpis poświęcony zostanie właśnie przypadkom. Przyjemnym przypadkom.


Większość z Was (ok, nie oszukujmy się, wszyscy zapewne) zna mnie dłużej lub krócej, lepiej lub gorzej, i pewnie wie, że jestem zapalonym czytelnikiem (czytelniczką? Jakoś głupio brzmi ta forma, wolę być czytelnikiem). Płomień ten goreje z różną intensywnością w różnych okresach; czasem płonie jak piekielny, by potem uspokoić się do rozmiarów małego ognika lub wygasnąć prawie, ale tli się uparcie odkąd tylko nauczyłam się samodzielnie składać literki w słowa.



Tak jak dowód osobisty zostaje wykorzystany w pierwszej kolejności do przepełniającego satysfakcją legalnego zakupu alkoholu, tak do dziś pamiętam, jak pędziłam na swoich krótkich siedmioletnich nóżkach do biblioteki, dzierżąc w dłoni (zgodnie z prawdą pewnie w jakiejś torebeczce, ale zostańmy przy dłoni dla bardziej plastycznego opisu) świeżo otrzymaną legitymację szkolną, uprawniającą mnie do założenia własnego konta czytelniczego, bez konieczności dalszego zdawania się na mamę w kwestii wypraw do biblioteki i wyboru lektur. Nie wiedziałam jeszcze wtedy, że moich nóg nigdy nie będzie można nazwać inaczej niż krótkimi.


Kierując się powoli w stronę meritum, wyznawczynią biblioteki jestem do dnia dzisiejszego, ale z czasem odkryłam urok posiadania książek na własność. Odkryłam księgarnie; z ich zapachem nowości, papieru i tuszu, mnogością książek, z których każda może być moja – i koniecznością wyboru. Szczególnie zapadło mi w pamięć, kiedy pewnego dnia pewnego roku, nie pomnę już którego, kupiłam trzy książki. Niech skonam, bo nie pamiętam jednej z nich, ale dwie pozostałe to „Dziedziczki” Pilipiuka i „Kradnąc konie” Pettersona. Nie znałam żadnego z tych autorów, a wyboru dokonałam, kierując się instynktem, na który zdawałam i nadal zdaję się tak często, a który tak rzadko mnie zawodzi. 


Wtedy też nie zawiódł. Dziś mam w mojej kolekcji jeszcze dwie pozostałe powieści Pettersona, które zostały przetłumaczone na język polski, i jedenaście książek Pilipiuka, wliczając ten decydujący pierwszy zakup. Mam także wiele innych książek, a moja kolekcja powiększa się szybciej niż kiedykolwiek wcześniej, odkąd odkryłam składy tanich książek. Buszuję w nich z zapamiętaniem, a mój doświadczony (tak!) czytelniczy nos trafia na kolejne perełki, najczęściej mało znanych autorów, a nie jakiś mejnstrimowy szajs, hehehe.


O takich właśnie przypadkach miało dziś być. O przypadkowym trafianiu na książki genialne, dobre i zapadające w pamięć.


Bez hejtu, z miłością i afirmacją życia, bo czytam właśnie trzecią z kolei świetną książkę, z którą również wiąże się przypadek; taki mianowicie, że dopiero po wypożyczeniu zorientowałam się, że oglądałam film nakręcony na jej podstawie, też zresztą dobry.

Szanuj książki.

Baha



Źródło obrazu: etsy.com

1 komentarz:

  1. manifest na końcu popieram w całej rozciągłości!

    OdpowiedzUsuń