25.10.2013

O przymusie i o decyzji

Mam kilka pomysłów na teksty o różnych kwestiach, które mnie bawią, dziwią lub denerwują, a także takie, na których się nie znam, ale mam zamiar się wypowiedzieć.  Niektóre hoduję już od całkiem długiego czasu (niektóre zdążyły się nawet zdezaktualizować)  w sticky notes na pulpicie. Wypadałoby wreszcie je podjąć i rozwinąć, ale z jakiegoś powodu tego nie robię. I o tym dzisiaj przeczytacie.

Ale najpierw kliknijcie w powyższy obrazek.


Problem braku pomysłu, „weny”, szumnie nazywany blokadą twórczą, znam niejako od innej strony i z innego czasu, bo nie każdy wie, że zdarzało mi się i nadal zdarza wymiotować lirycznie. Wierzgałam trochę nogami, ale w końcu się poddałam – pogodziłam się z tym, że pisanie było tylko pewnym porywem, epizodem w życiu, który najzwyczajniej się zakończył.

Za przyczynę przyjęłam najzwyklejsze w życiu wypalenie się natchnienia, przytłoczenie prozą życia - tak czy inaczej, z biegiem czasu zabrakło mi tematów i środków wyrazu, aby określać świat w tej formie.

Walka z tym wiatrakiem skłaniała mnie często i nadal skłania do refleksji nad samym zjawiskiem, w myśl idei, że trzeba najpierw poznać wroga, aby go pokonać.


Wiecie co? Jakkolwiek mało lirycznie to brzmi, doszłam do wniosku, że z blokadą twórczą jest jak z zaparciem – wiesz, co chcesz zrobić („coś bym napisała, ale nie wiem co” to potrzeba niemalże fizjologiczna, odczuwana podobnie do innych, np. „coś bym zjadła, ale nie wiem co”), znasz całą procedurę, metodologię, przebieg procesu, dostępne narzędzia i wiesz, jaki powinien być efekt – ale mimo usilnych prób nie wychodzi.
Można oczywiście próbować sposobem. Na zaparcia - wygoglujcie sobie, jeśli macie taką potrzebę; na brak weny ponoć pomaga czytanie książki telefonicznej, ale nie sprawdzałam, więc nie potwierdzam.

Swego rodzaju przełomem było dla mnie uświadomienie sobie, że pisanie może być wynikiem decyzji. Dotychczas zawsze unosiłam się na ognistych podmuchach WENY. Przełomem, bo zrozumiałam, że ta część mojego życia, z którą zdążyłam się zżyć i zaprzyjaźnić, nie była tylko jednym z wielu etapów, a spełnianie tej potrzeby nie zależy tylko od niezidentyfikowanego pochodzenia kaprysu i mogę po prostu zaprzęgnąć własny umysł do roboty.

Od dłuższego już czasu pisanie jest u mnie właśnie wynikiem decyzji. Minął czas, kiedy wena wypływała ze mnie szerokim strumieniem i znajdowała ujście w stukających po klawiaturze paluszkach, tworzących historie tyleż ładne, co nieprawdziwe. Jestem już za stara na ściemnianie i nie mam tej wyobraźni, którą miałam kiedyś, ale nadal mam przymus pisania i zdecydowałam się go realizować.  Postanowiłam zmierzyć się z tym, co jest dookoła mnie, a to wymusiło zmianę podejścia do pisania. Z nastawienia na formę przeszłam na nastawienie na treść. Tekst ma być o czymś konkretnym.

Oczywiście wypowiedź liryczną w pewnym stopniu da przeciągnąć się na koncepcie ogólnym, zwłaszcza jeśli nie ma być ona szczególnie rozbudowana pod względem rozmiaru. Liryka nie może być przecież dosłowna, ma wyrażać pewną myśl, zostawiając pole do interpretacji. A zinterpretować da się wszystko, co udowadnia system edukacji w toku przygotowań do matury z języka polskiego. Problem z prozą jest taki, że zasadniczo opiera się na treści, więc koncept ogólny musi zostać rozwinięty, zwłaszcza jeśli narzucimy sobie reżim w postaci określonej długości tekstu.

Dlatego niektóre idee wciąż dojrzewają w moich notatkach – nie przemyślałam ich jeszcze na tyle dokładnie, żeby spójnie i wyczerpująco opisać swoją postawę wobec nich. Jest to jednak, jak wspomniałam wyżej, kwestią decyzji.
A na razie temat zastępczy, który mam już obcykany.

Niech wena będzie z Wami!


Baha



Źródło obrazu: Just Jack - Writers Block

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz