Jakoś w gimbazie kontakty międzyludzkie zaczęły się komplikować. Środowisko nie dokońca się zmieniło, bo cały czas ciągnęli się za nami starzy znajomi z podstawówki. Zaczęliśmy natomiast patrzeć na siebie samych i na innych z nowej perspektywy, i obecność niektórych osób w naszym życiu została zweryfikowana. Dawni przyjaciele nagle stali się wrogami, w najlepszym przypadku obcymi osobami, niechcianym balastem. Jakoś wtedy wykształciłam sobie prosty mechanizm obronny, który polegał na byciu wiecznie niezadowolonym chamem.
Porzuciłam ją jakoś między liceum a studiami z założeniem intelektualnego progresu i nadzieją, że ludzie wokół mnie nie będą odstawać. Z biegiem czasu zaniechałam nawet co bardziej sukowatych praktyk, starając się wpasować w towarzystwo, w którym byłam. No dobra – pomyślałam – może faktycznie błąd jest we mnie.
Tak sobie teraz myślę, że tym moim błędem był (i nadal jest) idealizm i jakieś naiwne założenie, że kontakty międzyludzkie opierają się na wzajemnym szacunku.
Ta zasada jest prosta jak konstrukcja cepa i nigdy w życiu nie zrozumiem, dlaczego ludzie nie potrafią się do niej stosować. Czasami wydaje mi się, że jestem ostatnią osobą, która stara się wyjść do drugiego człowieka z otwartym umysłem, szacunkiem do jego czasu i uczuć. Naprawdę tak trudno jest brać odpowiedzialność za swoje słowa i traktować zobowiązania poważnie? Ile wysiłku wymaga potwierdzenie spotkania lub napisanie, że nie mogę, nie chcę, spóźnię się, pocałuj mnie w dupę?
Ja ciebie szanuję, dlaczego nie możesz się odwdzięczyć się tym samym? Cenię sobie naszą znajomość i czas, który razem spędzamy, więc też nie chcę po prostu wypełniać pustej kartki w twoim kalendarzu.
Jeśli jesteś osobą, dla której moje towarzystwo będzie wartością samą w sobie, to chętnie się z tobą zaprzyjaźnię.

niestety kochanie, ale nawet wśród najbliższych mamy takie osoby, więc cóż czepiać się obcych
OdpowiedzUsuń